Cały tydzień ja z Bogusią jarałyśmy się jak Rzym za Nerona naszym wyjazdem i wprost nie mogłyśmy się doczekać. W szkole nic ciekawego się nie działo w domu też zero, bo rodzice wyjechali oglądać jakiś samochód czy coś. W końcu się doczekałyśmy. Stawiłyśmy się na miejsce zbiórki o umówionej godzinie. Przez CAŁĄ drogę gadałyśmy z Rudą o wszystkim i o niczym. Nareszcie po około 4 godzinach podróży dotarłyśmy. Podjechał pod nas jakiś autobus chyba naszej reprezentacji, ale nie wiem. Gdy sobie nim spokojnie jechałyśmy zadzwonił nie kto inny jak Kamil.
K - Hej Milka, mają dziś podobne jakieś dwie dobre skoczkinie przyjechać z nami trenować. Czy to nie przypadkiem ty z Bogusią?
Ja - Niee, my mamy jakieś inne zawody czy coś tak nam trener mówił.
- Aaaa dobra to ja muszę kończyć, bo one zaraz będą.
- Okej paaa!
Bogusia spojrzała na mnie pytającym wzrokiem pytając : I co??? Odpowiedziałam, że się nabrał i zrobiłam minę typu me gusta. W oddali widać już było hotel? w którym mieliśmy być w czasie pobytu w Lillehammer. Gdy miły pan podjechał pod drzwi śmiałyśmy się z Bogusią gdzie czerwony dywan. Jak najszybciej wysiadłyśmy z samochodu. "Cichy pan z samochodu" powiedział, że nie mamy brać walizek. W sumie było tam trochę rzeczy. Szybko weszłyśmy do hotelu, a tam siedzieli sobie skoczkowie, którzy jak jeden mąż odwrócili głowy na nasz widok. U Kamila była to mina WTF? a inni skoczkowie patrzyli z zainteresowaniem. Oczywiście jakżeby inaczej zaczęły się przywitania, które u skoczków wyglądały tak, że wszyscy przekrzykiwali się krzycząc Hej! Witamy! Cześć! itp. A Kamil krzyknął celując we mnie palcem :
- Przecież mówiłaś, że to nie wy przyjeżdżacie!
Ja : - Pomyśl czasem kto by miał przyjechać? My pomożemy w zdobyciu dobrego wyniku, bo jak nie my to kto?
- No w sumiee...
Teraz głos przejął trener Kruczek, który powiedział :
- Jutro wszyscy trening na skoczni rano, a po południu bieganie.
Chłopacy zaczęli jęczeć, że po co nam bieganie, że codziennie i tak dużo biegają, ale Kruczek był nieugięty. Trener sobie poszedł, a my zostałyśmy z chłopakami, którzy wymyślili zabawę w "Pytania" tak to nazwali. Zasady były takie, że oni nam zadają pytania, ale my im nie możemy zadać. Świetnie, prawda? Ale co miałyśmy zrobić? Zaczynał Maciek Kot :
- Hmm... nie lubię tej "zabawy" nigdy nie wiem o co mam się zapytać.
- No, dawaj! - krzyknął Żyła.
- Okej, okej! To... najlepszy skoczek narciarski? - wrócił dom pytania "Kocur".
- Uuuuu... Maciuś - śmiali się inni.
- Nie powiemy, bo będziecie się śmiać. - powiedziałam i puściłam oko do Uszki, tak, żeby nikt nie widział.
- No mówcie!
- No dobra... Gregor Schlierenzauer. - powiedziała Bogusia z kamienną twarzą.
- Co?!
- Taki żarcik.
- Ufff... - westchnęli z ulgą - a tak na prawdę?
- Adam Małysz, Simon Amman, ale każdy skoczek jest fajny .
- No! I to mi się podoba! - ķrzyknął (kolejny raz dzisiaj) "Wewiór"
Po 30 minutach skończyliśmy tą "grę", ponieważ przyszedł trener i powiedział, że mamy iść do pokoju, bo jutro trzeba wcześnie wstać, a my jesteśmy po podróży. Chłopaki pewnie chcieli dalej zadawać pytania typu "Ulubiony kolor?", "Macie chłopaka?" (Wewiór) itp. Ogarnęłyśmy walizki i siebie i o jakiejś 22 leżałyśmy w łóżkach rozmawiając, gdy usłyszałyśmy, że ktoś wali w ścianę obok. Nie cackałam się z tym kimś tylko wzięłam moja klapka z szafy i z całej siły rzuciłam. Więcej nie słyszałyśmy niczego. O około 23 zasnęłam. Rano obudziła mnie...
-----------------------------------------------------
Heeeeeej :) Witam po przerwie (zepsuty komputer :( ). Strasznie przepraszam i jeszcze dzisiaj spróbuję dodać rozdział nr 5, ale nie obiecuję, bo piszę na tablecie. Nienawidzę tego!!! Jeazcze raz przepraszam i pozdrawiam :*
Siatkowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz