niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 14

Od razu po kolacji położyłam się do łóżka i czytałam książkę. Jutro tylko seria próbna i zaczyna się konkursowe skakanie. Już się nie mogę doczekać. Mam ambitny plan zajęcia pierwszego miejsca i wygrania ze Schlierenzauerem. Nie moja wina, że gość mnie tak wkurza, serio. Zasnęłam o 22.30, a wstałam o 7.30. Co jest ze mną? Ja i wczesne wstawanie? Nieeeee... to nie łączy się ze sobą wcale. No, ale dobra, wstałam, ubrałam się, uczesałam i tak dalej. Bogusia jeszcze się nie obudziła, a ja nie miałam zamiaru jej w tym pomagać. Tym razem to ona będzie zgniłym jajem. Następnie poszłam na śniadanie, po drodze spotykając Kota i gadając z nim weszłam na stołówkę. Nie wszystkie głowy się odwróciły! Co za miła odmiana! Przy naszym stoliku siedział tylko Kamil z Dawidem.
- Witam - przywitałam się.
- Witamy miłą nieznajomą - odpowiedział Kubacki.
- Jak tam humor? - spytał Kamil.
- Okej - odpowiedzieliśmy równocześnie z Maćkiem. - To było pytanie do mnie!
- Dings! Wisisz mi soczek - klepnęła Kota w kolano.
- Ej! - skrzywił się.
- Dzieci... - mruknął Kamil.
- Ej, ej, ej! Uważaj sobie! - zaprotestowałam.
- Tak, pewnie - machnął lekceważąco ręka mój brat. - Takiego chucherka mam się bać?
- Chciałabym ci przypomnieć, że jakimś cudem jestem od ciebie wyższa!
- Wzrost to tylko liczba!
- Wiek też - wyszczerzyłam się.
- Chciałbym przerwać waszą cudowną konwersację - powiedział Żyła siadając na krześle.
- No to masz problem - uznałam.
- Sama masz - obruszył się Piotrek. - A tak w ogóle to ja chcę dżem brzoskwiniowy, a nie truskawkowy, a takowego nie ma na naszym stoliku.
- To idź i się spytaj czy możesz do jakiegoś stolika, na którym jest taki jaki chcesz? - Piotrek czasem naprawdę nie myśli. Stop. On nigdy nie myśli.
- Nieeeee... ja nie - mruknął.
- Ja też nie! - powiedzieli od razu wszyscy obecni przy stole, a ja popatrzyłam na nich jak na idiotów.
- Czyli wygląda to tak, że ty idziesz Emi - uśmiechnął się Dawid.
- Dobra - rozejrzałam się po stołówce. Stolik Austriaków, trenerów i chyba Niemców. Pójdę do tych pierwszych. Najbliżej.
Wstałam od naszego stołu i podeszłam do stolika austriackich skoczków.
- Sieeeeeeema! - przywitał się Schlierenzauer. - Dlaczego zaszczycasz nas swoją obecnością?
- Daruj sobie ten twój angielski. Masz okropny akcent - powiedziałam po niemiecku. Fakt faktem, skoczka trudno było zrozumieć kiedy mówił po angielski. - A tak w ogóle to cześć i chciałabym ukraść, ewentualnie pożyczyć wasz dżem, bo moi koledzy nie lubią truskawkowego, a ja jak zwykle muszę wszystko załatwiać.
- A co my będziemy z tego mieć? - spytał Kraft. - A tak w ogóle to Stefan jestem.
- Nie wiem, moją dozgonną wdzięczność, wiem jak się nazywasz.
- Dozgonna wdzięczność to za mało - uznał Morgi.
- Zawsze mogę iść do Niemców albo do trenerów - wzruszyłam ramionami.
- To idź! - uśmiechnął się Gregor.
- Dajcie spokój dziewczynie, małpiszony. Masz ten dżem, my i tak nie jemy  - przewrócił oczami Loitzl.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się. - A z tobą Morgi, z tobą Stefan i z tobą Schlierenzauer policzę się dzisiaj w konkursie.
- Wolę jak mówisz na mnie Gregor - wyszczerzył się. - I to ja dzisiaj wygram!
- Chciałbyś. Dziękuję... - zatrzymałam się w połowie wypowiedzi i spojrzałam na Loitzla. Nie wiedziałam czy mam powiedzieć po imieniu, nazwisku czy zwrócić się do niego per "Pan".
- Wolfgang.
- Amadeusz Mozart - mruknęłam, ale i tak wszyscy Austriacy to usłyszeli i się zaśmiali. - A więc dziękuję Wolfgang, powodzenia wam w konkursie i pa.
Wróciłam do naszego stolika, podając Wiewiórowi słoik z dżemem.
- Czy ty zawsze z nimi tak długo? - spytał Klimek.
- Tak długo co? - spojrzałam na niego dziwnie.
- Gadać i w ogóle.
- A co? Zazdrościsz?
- Ta na pewno!
- No to co się głupio pytasz? - pokręciłam głową z politowaniem.
- Kto się głupio pyta? - Bogusia raczyła zjawić się na śniadaniu!
- Wiewióra, jak zwykle.
- Sama jesteś wiewióra, wiewióro! - zaprotestował skoczek.
- Ale z was dzieci, serioooo - jęknął Kamil.
- Sam jesteś dziecko, dziecko - zgromiłam go wzrokiem.
- Dzisiaj zbiórka o 12 na serię próbną - znikąd pojawił się trener. "Halinka, mam zawał!" - dosłownie.
- Czy trener musi tak straszyć? - złapał się za serce Dawid.
- Oczywiście. A tak w ogóle mówcie trochę ciszej, bo wszyscy się skarżą.
- Ale my jesteśmy cicho! - zaprotestował Koteł.
- Nie jesteście.
- Jesteśmy.
- Nie jesteście.
- Jesteśmy.
- Nie jesteście.
- Jesteśmy.
- Jesteście.
- Nie jeste... tfu! - zamotał się Maciek.
- Widzisz? Sam chciałeś przyznać, że nie jesteście, więc siedźcie cicho!
- No dobra - odpowiedział markotnie.
Trener sobie poszedł, a my rozmawialiśmy TROCHĘ ciszej.
- Nie chcę mi się tej serii próbnej! Ja chcę od razu konkurs - jęczał Janek.
- Nie marudź - skarcił go Kamil.
- Zawsze jeden skok więcej, a to fajne - uśmiechnęłam się.
- No właśnie, wy to macie fajnie! - mruknęła Uszka.
- Było lepiej skakać! - wystawiłam jej język.
- Wredna, blond małpa - zmroziła mnie wzrokiem.
- Ale przynajmniej nie ruda - wyszczerzyłam się.
- Ruda tańczy jak szalona! - zanucił Maciek.
- Wiecie co? Foch! - zadarli głowę.
Do końca śniadanie udawała obrażoną. Oczywiście, gdy znalazłyśmy się w pokoju zaczęła nawijać jak zwykle. Kwestia czasu. Po chwili zaczęła czegoś szukać.
- Milka wstań! - zarządziła. Haha, jasne!
- A co? Chcesz sprawdzić kto jest wyższy? - zaśmiałam się.
- Cichaj żyrafo!
- Ej, ej, ej! - zaprotestowałam.
- No błagam! Wstań! Nie mogę znaleźć słuchawek, a jutro rano wyjeżdżam i chcę się zacząć ogarniać!
- Dobra, luz! - podniosłam się z łóżka, chociaż nie wiedziałam jakim cudem jej słuchawki mogłyby tam leżeć, ale ok.
- Nie ma! - jęknęła.
- Zobacz w torbie - wywróciłam oczami.
- Są! - krzyknęła po chwili.
- A nie mówiłam? - powiedziałam z politowaniem.
- Oj tam!
Usia zaczęła się pakować, a ja "przygotowywać mentalnie" do konkursu. O umówionej godzinie stawiłyśmy się na miejsce zbiórki. Gdy dojechaliśmy na skocznię od razu było wiadomo, że dzisiaj będzie rządził wiatr. Po prostu świetnie. Seria próbna przebiegała dość sprawnie, aż do pierwszej dziesiątki. Fajnie. Skakałam ostatnia, a warunki były coraz bardziej nieznośne. Dwa razy musiałam zejść z belki. Za trzecim razem trener Kruczek uważnie patrzył na pomiary i w końcu niepewnie dał mi znak, że mogę skakać. Mocno odepchnęłam się od belki, ułożyłam w pozycji dojazdowej i wybiłam się z progu. Cholernie mocny podmuch z prawej strony sprawił, że straciłam panowanie nad nartami. Próbowałam opanować sytuację, ale dostałam podmuch tym razem z lewej strony, a na to nie byłam przygotowana. Próbowałam jeszcze ratować się przed upadkiem, ale nie udało się.
Chuknęłam o zeskok i stoczyłam się w dół. W ogóle nie mogłam złapać oddechu, co nie powiem, przeraziło mnie bardziej niż trochę.

Perspektywa Kamila
Patrzyłem z niedowierzaniem na telebim. Trener zwariował? Puścił ją w takich warunkach? Dookoła mnie stało wielu innych zawodników zszokowanych nie mniej niż ja. Trzymałem tylko kciuki, żeby obyło się bez upadku, ale niestety nie udało się. Przez chwilę zapomniałem jak się oddycha. "Wstań! No wstawaj Milka!" - szeptałem pod nosem. Po chwili zobaczyłem jak moja siostra powoli się podnosi. Odetchnąłem z ulgą. Upadek wyglądał naprawdę groźnie.

Perspektywa Emilii
Po chwili mogłam złapać oddech. Służby nie pozwalały mi wstać przez chwilę, żeby sprawdzić czy wszystko ze mną w porządku. Gdy w końcu mogłam to zrobić, pozdrowiłem publiczność na znak, że wszystko okej. Weszłam do strefy dla skoczków podbiegł do mnie Schlieri.
- Jezus, nigdy więcej tak nie rób! - pogroził mi palcem. - Z kim bym się wtedy kłócił?!
- Kogoś byś sobie znalazł!
Gregor odbiegł, a mnie musieli jeszcze "sprawdzić". Gdy okazało się, że NAPRAWDĘ wszystko okej dali znać Winiarskiemu, że mogę skakać w konkursie, a on przekazała informację trenerowi.
Gdzieś jeszcze złapał mnie dziennikarz Eurosportu.
- Ze mną Emilia Stoch, Emilio przed chwilą zaliczyłaś upadek - po tym zdaniu podstawił mi mikrofon pod nos. Serio, nie wiedzą, że pytanie  kończy się kropką?
- Tak, na szczęście prawdopodobnie skończy się tylko na siniakach.
- To przez złe warunki?
- Niestety tak. Jeśli warunki się nie poprawią nie wiem czy dzisiaj konkurs uda się przeprowadzić.
- Wystartujesz w konkursie?
- Nie ma przeciwwskazań, wiec tak.
- Swietnie, a wiec życzę ci dalekich lotów i, żeby upadek się nie powtórzył. Dziękuje za wywiad.
- Dziękuje.
-----------------------------------------------
Była długa przerwa, ale wena wraca, wiec być może rozdziały bedą częstsze! Ten pisany na telefonie, wiec za wszystkie blet przepraszam. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania ;*

niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 13

Bardzo szybko nadeszły kwalifikacje. Pierwszy trening (czyli w sumie ostatni) poszedł mi całkiem nieźle. "Wysokie" piąte miejsce. W kwalifikacjach musi być lepiej. Pierwsza trójka, nie ma bata. Kamil powiedział mi (oczywiście w tajemnicy) :
- Jeśli skoczysz tak jak w drużynówce to wszystkich zdeklasujesz!
Po treningu kiedy mieliśmy przerwę do mojego i Bogusi pokoju zwalili się wszyscy polscy skoczkowie. Graliśmy w karty. Podobno "niezniszczalną" talią Piotrka. Podczas chyba trzeciej kolejki rozdzwonił się mój telefon.
- Janek, luknij kto dzwoni - powiedziałam.
Zioberek (tak go ochrzciłam) wyciągnął szyję i odpowiedział :
- Jest napisane "Mama", zdjęcie mamy Kamila, więc to pewnie twoja mama! - błysnął inteligencją. - Podać ci telefon?
- Nie, potem oddzwonię - uznałam, a mój brat spojrzał na mnie deprymującym wzrokiem. - No co Kamilku, chcę mieć jeszcze chwilę spokoju.
Po 30 minutach chłopacy się zmyli, został tylko Kamil (Uszka pobiegła 5 minut temu po coś do sklepu)
- Emilia, oddzwoń do mamy - rozkazał.
- Dobra zaraz - machnęłam ręką.
- Nie, teraz, chcę zobaczyć jak dzwonisz - rozgryzł mnie. Wiedział, że wcale nie miałam zamiaru tego robić.
- Okej, okej - uniosłam ręce w geście poddania.
Dźwignęłam się z podłogi i usiadłam na łóżko biorąc do ręki telefon. Kamil usiadł na łóżku Uszki co pewnie spotkałoby się z jej głośnymi protestami (no, ale teraz jej nie ma). Wybrałam numer mojej rodzicielki.

ROZMOWA TELEFONICZNA Z MAMĄ
Ja - Cześć mamo, po co dzwoniłaś?
Mama - CZY JA DOBRZE PRZECZYTAŁAM?! Zamierasz zostać sobie w tym Lillehammer, skakać w Pucharze Świata, porzucić studia i ot tak sobie nie wracać?!
J - Tak, to właśnie zamierzam.
M - Jesteś niewdzięczna! Przez tyle czasu ja i ojciec staraliśmy się, aby nie przymykano oczy na twoje częste nieobecności, żeby przyjęli cię na tą cholerną uczelnię, a ty teraz to sobie rzucasz!
J - Robiłam to tylko po to, żebyście chociaż przez chwilę byli ze mnie zadowoleni! Ale i tak, NIGDY nie byliście ze mnie dumni! NIGDY! Nawet mi nie pogratulowałaś wczorajszego konkursu! Nigdy mi nie pogratulowałaś!
M - Czego mam ci gratulować?! Kolejnego złego wyboru?! Bo w sporcie jest tak : jesteś na szczycie, a następnego dnia na dnie! Pomyślałaś o tym?!
J - TAK, kolejnego złego wyboru! Myślałam często na tym! Ale sport jest moim ŻYCIEM, a skoki moją miłością i nigdy tego nie porzucę! Nie na rzecz jakichś głupich studiów!
M - Dość tego! Tak nie będziemy rozmawiać! Jest gdzieś w pobliżu Kamil?!
J - Jest, już ci go daję!

Przekazałam słuchawkę Kamilowi, który najpierw popatrzył na nią zdziwiony, a dopiero potem przyłożył do ucha.

- ...
Kamil - Nie mamo, nie mogę jej kazać ani nawet zalecić wrócić do Polski.
- ...
K - Normalnie, doskonalone ją rozumiem i sam zrobiłbym tak samo.
- ...
K - Bardzo mi przykro, ale chyba nie zmienisz jej decyzji, a ja nie mam zamiaru i nawet nie chcę próbować.
- ...
K - Nie mamo, ona nie jest głupia i uwierz, wie co robi. Widziałaś zawody?
- ...
K - No właśnie.
- ...
K - Pa.

Rozłączył się i oddał mi telefon. Jakoś wcale nie miałam ochoty go brać. Łatwo mogłam wydedukować co mówiła Kamilowi. Brat przesiadł się na moje łóżko i usiadł koło mnie.
- Ona naprawdę nigdy ci nie pogratulowała? Nigdy odkąd wyjechałem, a ty tyle wygrałaś? - spytał niepewnie.
- Nie, zresztą mam jej gratulację w dupie i tak nie byłyby szczere - spojrzałam w okno ze złością. 
- Ej, nie przejmuj się! Ona jest w chyba w szoku.
- Nie usprawiedliwiaj jej.
- Nie usprawiedliwiam.
- Okej, dobra, nie mam zamiaru się przed quali stresować, a ty idź odpocznij - uznałam.
- Niech będzie. Masz wygrać - mrugnął.
- Ja będę co najwyżej druga, zaraz po tobie - posłałam mu spojrzenie w stylu "nawet nie protestuj".
- Jasne, jasne.
- Dobra idź, bo ja też muszę odpocząć. Nawet nie wiem po czym, ale muszę.
- Papapapapa - zacieszył, wstał i wyszedł.
W drzwiach minął się z Bogusią.
- A co Kamyk tutaj tyle robił? - zdziwiła się (szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia jej miny).
- Pilnował, żebym oddzwoniła do matki - przewróciłam oczami.
- No i co mówiła?
- Sranie w banie, że jestem niewdzięczna i ogólnie bezmyślna, a Kamilowi powiedziała, że ma mi kazać wracać. Czyli problem, standaaard.
- Faktycznie, standardowo.
- Ale w sumie nie zamierzam się nie przejmować, bo muszą mi kwalifikacje dobrze pójść.
- Będę na trybunach - wysłała mi buziaka w powietrzu. - Najlepsze miejscówki, bo ja tam będę siedzieć!
- Skromna - zrobiłam facepalma.
- Oczywiście - wyszczerzyła się.
- Idę spać, a ty nie waż się mnie budzić! - zagroziłam i przytuliłam się do mojego misia (tak mam 18 lat i śpię z misiem, ale jestem normalna, bardzo).
- JAAAAAAAAASNE! - krzyknęła mi do ucha Bogusia. Żyję z idiotami.
- Spadaj.
Po chwilowej kłótni z Uszką, zasnęłam. Obudził mnie budzik (XD). Musiałam się powoli zbierać. Spakowałam moje super skarpety. Przynoszą mi szczęście! Po godzinie do mojego pokoju zapukał Kot i Piotrek krzycząc "ZA 5 MINUT ZBIÓRKA NA DOLE, KTO OSTATNI TEN ZGNIŁE JAJO!". Skwitowałam to bardzo wymownym "aha". Ruda oczywiście ulotniła się komunikując mi, że ona nie będzie zgniłym jajem. Powtarzam jeszcze raz, że żyję z idiotami. Wzięłam moją torbę z rzeczami typu słuchawki (skarpetki!) itd. Wyszłam z pokoju i go zakluczyłam. Gdy przechodziłam koło schodów ktoś na mnie wpadł. Ktoś wyższy, który chyba biegł, więc oczywiście się wywaliłam.
- Oj, przepraszam! - ci Austriacy chyba się na mnie uwzięli, ale tym razem Hayboeck. Blondyn podał mi dłoń.  - Michael.
- Wiem. Emilia.
- Wiem - wyszczerzył się.
- O siema Polska, widzę, że masz problemy z koordynacją - uśmiechnął się. Kto? Mój ulubiony Gregorek. Czujecie ten sarkazm?
- Wal się Schlierenzauer - uśmiechnęłam się do niego pięknie. A mieliśmy się nie kłócić. Oups. Hayboeck widząc minę kolegi zaczął się śmiać. - I nie mów na mnie Polska. Nie jestem całym krajem.
- Okej Polska!
- Schlieren ty znowu się z Polską kłócisz? - nadszedł pan Morgenstern.
- Morgenstern zabiję - uznałam. - A teraz sorry, ale przez was spóźniłam się na zbiórkę. Będę zgniłym jajem.
- A przypadkiem już nie jesteś.
- Spadaj Schlierenzauer!
- Dopóki będziesz mówić do mnie po nazwisku, to ja będę mówić na ciebie Polska - uznała austriacka gwiazdka.
- Okej, no to spadaj Gregor, wal się Gregor, pasuje? - spytałam.
- Lepiej.
- Dobra, ja serio muszę iść - pomachałam im, odwróciłam się na pięcie i odeszłam szybkim krokiem.
Gdy doszłam do naszego miejsca zbiórki, czyli pod recepcję wszyscy polscy skoczkowie patrzyli na mnie.
- Emilia, 2 minuty spóźnienia to karygodne! - powiedział Maciek patrząc na zegarek.
- Jakim cudem ja byłam 5 minut przed tobą? Byłam na końcu korytarza, a ty już zakluczałaś drzwi? - spytała podejrzliwie Usia.
- A co ty taka ciekawa? Było się to tu, to tam - zaczęłam ją podpuszczać.
- CO? GDZIE? - od razu się zaciekawiła. Wiedziałam.
- A może ty z kimś byłaś? - poruszył brwiami Żyła.
- A co was to tak interesuje? - udawałam, że się obruszam.
- No mów! - zażądała Bogusia.
Najpierw zaczęłam się śmiać, bo ich miny były komiczne.
- Jak jesteście tacy ciekawi to Hayboeck na mnie wpadł, bardzo kulturalnie przeprosił, ale przyszedł Schlierenzauer (taki z niego inteligent jak ze mnie baletnica). A no i jeszcze ze schodów zszedł Morgi - wyjaśniłam. - I to by było na tyle.
- Te Auty to coś często na ciebie wpadają - uznał Janek. - Chcą cię wyelminować ze skakania, bo jesteś za dobra!
- Tak, jasne! - pokiwałam głową z politowaniem. - To by był głupi sposób, znam lepsze.
- Chłopaki ja się jej boję - jeknęła Uszka.
- No tak, Milka czasem ma zabójcze pomysły - przyznał Kamil.
- Zamknij się - rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Masz rację Kamyk, ma! - wyszczerzyła się Bogusia.
- Zamknijcie się, ostrzegam was! - zgromiłam ich wzrokiem.
- Co, jakie pomysły? - spytali równocześnie Maciek, Piotrek, Janek i Klimek.
- Żadne - wyszczerzyłam się.
- No jak nie Emilia, opowiedz - uśmiechnęła się do mnie przyjaciółka. Zabiję!
- A więc, Milki trzeba się bać, bo... - zaczął Kamil.
- Bo tak - przerwałam mu.
- Bo na przykład : kiedyś podpuściła jedną dziewczynę, że może sobie wstrzyknąć botoks i tamta idiotka to zrobiła, jak ją koordynator naszego turnieju w skokach wkurzył, bo rozegraliśmy tylko jedną serię (WTF?!) to skombinowała jego szampon i dolała do niego oczojebno niebieski barwnik i na następny dzień był konkurs na dużej skoczni, a on w takich włosach przyszedł - zaczęła opowiadać Bogusia.
- Kiedyś posmarowała narty majonezem, bo zabrakło smaru, a przegrała zakład - powiedział Kamil. - I wiele, wiele innych.
- Ej, ale to było dawno! - zaprotestowałam.
Oczywiście, wszyscy leżeli ze śmiechu. Akurat w tym momencie przyszedł trener.
- Dlaczego oni leżą na podłodze i się śmieją - spytał mnie, Bogusi i Kamila (bo my się zachowywaliśmy jak cywilizowani ludzie).
- Słuchali opowieści o wyczynach Emilii - poinformowała Uszka.
- Niech trener lepiej uważa, bo jak ją trener zdenerwuje to obudzi się trener z niebieskimi włosami - Kamil jest głupi.
- Ja tu jestem! - zmroziłam ich wzrokiem. - Oni żartują trenerze.
- Mam nadzieję! Dużo tych włosów nie mam, ale chyba jednak niebieskich nie chcę - zaśmiał się Kruczek.
- A czerwone? - spytałam.
- Czerwonych też nie! - zaprotestował. - Piotrek, Maciek, Klimek, Dawid i Janek wstawać z podłogi! Musimy już jechać.
- Trenerze, ale ja się boję Emilii! - krzyknął Wiewiór.
- Wal się - westchnęłam.
- Idziemy do autokaro-czegoś - zakomenderował trener.
Gdy byliśmy przy wyjściu usłyszałam krzyk (po angielsku) :
- Powodzenia Polska! - Gregor, macie rację. - Ale i tak wygram!
- Mówiłam ci coś na ten temat Schlierenzauer! - rzuciłam mu spojrzenie typu "Are you fucking kidding me?".
- Schlieri, nie podrywaj! - powiedział po niemiecku Kofler.
- Znam niemiecki! - krzyknęłam.
- Oups... - zaśmiał się Andreas.
- Emila, uuuuuu... - poruszyła brwiami Bogusia.
Pokręciłam tylko głową z niedowierzaniem. Gdy wsiedliśmy do "autokaro-czegoś" jak to ujął trener. Po chwili byliśmy na skoczni. Uszka poszła na trybuny, więc miałam chwilę spokoju, ale potem jej rolę przejął Piotrek. Jak tak się mnie boi to chyba muszę dla niego coś wymyślić. Po godzinie kwalifikacje miały się rozpocząć. Ale oczywiście wiatr tak przeszkadzał, że przesunięto je o pół godziny. Potem o kolejne pół. Czas mijał bardzo wolno. My byliśmy niezadowoleni. Kibice też byli niezadowoleni. Ale w końcu udało się zacząć. My (Polacy) i Austriacy skakaliśmy na końcu z powodu wyników w konkursie drużynowym. Oczywiście tylko ci, którzy brali w nim udział, czyli ja, Kamil, Maciek, Gregor i Thomas.
- Jak tam samopoczucie Polska? - spytał mnie Gregor.
- Bardzo dobrze, a jak u ciebie Schlierenzauer? - uśmiechnęłam się i założyłam ręce za głowę.
- Świetnie! - pokazał kciuk do góry.
- Trochę się denerwuję - poinformował wszystkich obecnych Morgi.
- Spoko, głowa do góry i do przodu - uznałam.
- Jakby to powiedział Piotrek garbik, fajeczka i poleciaaaaało - dołączył się do naszej rozmowy Kamil.
Po jakimś czasie musieliśmy się przygotowywać. Skakaliśmy w kolejności : Kot, Kamil, ja, Morgi i Schlierenzauer... sorry Gregor. Jak na razie prowadził "dziadek Kasai" jak to mówiła moja ciocia.
Maciek usiadł na belce. Po chwili jego skok można było uznać za niezły. 126 metrów nie dało mu jednak prowadzenia w kwalifikacjach. Nadeszła kolej na Kamila, który aby pokonać Noriakiego musiał skoczyć 136 metrów. Trudne w tych warunkach, które dzisiaj panowały na Lysgårdsbakken, ale nie niemożliwe. Niestety, Kamykowi nie udało się osiągnąć tej odległości. 132 metry. Przyszła kolej na mnie.
- Powodzenia Polska! - mrugnął do mnie Morgen.
- Dzięki.
Już na belce czekałam na machnięcie chorągiewką przez Kruczka. Po chwili już "sunęłam" po zeskoku. Wyjście z progu było idealne co dawało mi nadzieję na dobry rezultat. Moje lądowanie do pięknych nie należało, ale wylądowałam za linią oznaczającą rozmiar skoczni. Czyli pierwsze miejsce gwarantowane, tylko jakim rezultatem? Po chwili na tablicy wyświetliło się 141,5 metra. Podeszłam do miejsca dla lidera.
- Gratulacje - powiedział Kasai.
- Dziękuję. Wygrać ze swoim idolem to coś niesamowitego - odpowiedziałam.
- Dziękuję, ale zaraz się chyba zarumienię - zaśmiał się japoński skoczek.
- Życzę powodzenia jutro - uśmiechnęłam się.
- I nawzajem - Noriaki odmaszerował do swojej ekipy.
Przez 5 minut trwała przerwa spowodowana zbyt silnymi podmuchami wiatru. Potem już mógł skakać Thomas. 133 metry. Po tym skoku kamera pokazała najpierw jego, a potem mnie. Pomachałam, a co! Następnie skakał Schlierenzauer. Skubany! 141 metrów. O wyniku będą rozstrzygały oceny sędziów i bonifikata za wiatr. Lądowanie z pewnością miał lepsze ode mnie. Po chwili na tablicy wyświetliła się jego nota. O jedną dziesiątą gorsza od mojej! Wygrałam! Gregor podszedł, żeby mi pogratulować.
- Następnym razem ja wygram!
- Chciałbyś! - wyszczerzyłam się.
- No, nie ukrywam, że bym chciał, ale ja to wiem! - mrugnął.
Przewróciłam oczami, a on poszedł do reszty Austriaków. Podszedł jeszcze Kasai , Amman (był 4) i Morgen. Gdy podeszło dwóch pierwszych zrobiłam wielkie oczy. Noriaki już przecież mi gratulował, a Simon był jednym z moich idoli. Potem dostałam czek za wygranie kwalifikacji. Podoba mi się wygrywanie.
Po godzinie (no wiecie, jeszcze sprawdzenie kombinezonów i inne) byliśmy w hotelu.
- Emilia szokujesz mnie! - uznał Piotrek.
- Ja siebie też - zaśmiałam się.
----------------------------------------------------------
Wracam po miesiącu z rozdziałem :) Jest długi, w końcu! Mam nadzieję, że wam się podoba :) I spóźnione SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! :D Pozdrawiam i proszę o zostawienie NAWET kropki w komentarzu jeśli ktoś przeczyta :)
2 komentarze = 14 rozdział